14368722_1198130416918535_8163726396422193138_n

A zwycięzcą zostaje… Honduras! Dwutygodniki motocyklowe cz. 4

Postanowiłem że nie wracam motorem do Meksyku – do Guanajuato zbyt daleko – musiałbym jechać bite 7 dni… I potem jakbym zapragnął znowu pojechać do Ameryki Środkowej to musiałbym jeszcze raz przejechać tę samą drogę. Jadę zatem na południe przez Honduras do Nikaragui a potem do Kostaryki. Polecę do Meksyku samolotem. Obawiałem się Hondurasu – raz, że ma najwyższy wskaźnik zabójstw na świecie (poważny skok o 10 miejsc w górę w porównaniu do Gwatemali), dwa że poza tym skromnym faktem nic o tym kraju więcej nie wiedziałem.  Żeby dojechać do Nikaragui musiałem więc przejechać całe Belize, Gwatemalę i Honduras…3 granice. No jak to zwykle na granicach, musi być ciekawie;) Trasa z dzisiejszego postu przedstawia się następująco:

Granica Belize->Gwatemala poszła w miarę gładko. Strona belizyjska – standard. Strona gwatemalska z lekkimi problemami – za namową granicznego pomagiera (już ich więcej nigdy nie posłuch) podszedłem do aduana (a wcale nie planowałem tak jak przy wyjeździe). Pan celnik uparł się że  „ahorita esta problema”, bo nie podszedłem do okienka aduana przy wyjeździe z Gwatemali, a była wtedy możliwość „zawieszenia” importu tak żebym po powrocie z Belize mógł normalnie legalnie wjechać motorem. Przegadałem/przeczekałem „groźnego” Pana celnika który liczył na kilka dolarów łapówki (to się zdziwił) i pozwolił mi jechać. Zaraz za granicą jest ustawiony oficjalny punkt poboru opłat za przejazd przez lokalny most (tym razem stała pani w uniformie i ochroniarz z shotgun’em, przygraniczne miasto chce dodatkowo zarobić). Śmignąłem szybko, Pani nie zdążyła zareagować, pan z shotgun’em akurat się odwrócił żeby odpalić papieroska (zapłaciłem kilka dni wcześniej 10 quetzali za ten most, i Pan ochroniarz zapierał się że jak będę wracał nie będę musiał płacić – wystarczy że pokażę bilecik – to już oszczędziłem im i sobie trochę czasu). Swoją drogą, w Gwatemali, panów z szotgun’ami widziałem przy każdym banku, stacji benzynowej, sklepie z elektroniką itd. Uff… od razu bezpieczniej. 2 dni i 2 noclegi później dojechałem do granicy z Hondurasem (przy okazji zaliczyłem najtańszy hotel podczas tej podróży 25 zł/pokój z łazienką, luster nad łóżkiem brak).
Granicę przekraczam z rana – tak najlepiej, zawsze granica może przytrzymać, a przekraczając po południu można już nie zdążyć do miasta docelowego. Po stronie gwatemalskiej, tym razem standard. Honduras: opłata za pieczątkę $3, obowiązkowa fumigacja pojazdu (czyli spryskanie jakimiś chemikaliami żeby go wyczyścić od nieczystości z kraju sąsiedniego?) kilka dolarów. Import motoru – z relacji w internecie to miała być gruba biurokracja… Wyczytałem że potrzebują paszport, rejestrację, tytuł własności, prawo jazdy i do tego po 4 (cztery!) ksera każdego z tych dokumentów. Przygotowany, ze stertą dokumentów (jak w kiepskich tutaj) wbijam do kanciapy celników, buenas! ja po import! – „zapraszamy! ale potrzebujemy ww dokumentów + po 4 kopie każdego z nich… masz pan?” odezwał się z szyderczym uśmiechem jakby chciał mnie zagiąć (zwykle turyści nie mają tych kopii, i przemiły celnik wysyła ich do budki kilka metrów dalej, gdzie szwagier otworzył punkt xero 1 dolar/stronę). Ha, a mam i oryginały i kopie! Pan sprawdza, kompletuje… a ksero pieczątki wjazdowej do Hondurasu Pan masz? (to może od razu ksero kopii kopii poświadczonej notarialnie) No to tu mnie zagiął, nie mogłem mieć tego ksera, bo pieczątkę dostałem kilka minut wcześniej… Pan o dziwo przymknął na to oko (jak się później okazało zbliżała się pora lunch’u i Pan już głodny się po prostu spieszył, a tu jak na złość przypałętał mu się jakiś Polaczyna). Jeszcze tylko opłata w banku 30 dolców za import (też się wybierali na przerwę lunch’ową – 1h, pan ochroniarz już zamykał drzwi, stopa między drzwi a futrynę, szybki zakup w drzwiach dodatkowych lempirów za ostatnie dolary u pani cinkciarz – bo mi zbrakło, i wtargnąłem pod okienko do banku). Pan celnik już nawet nie czekał na mnie aż wypełnię wszystkie dokumenty, podrukował co trzeba i zostawił mnie samego w kanciapie, udawszy się na upragniony lancz. Wypełnione dokumenty miałem po prostu zostawić mu na biurku.
Pierwszy pit stop w Hondurasie to Copan Ruinas – miasteczko zaraz przy granicy, z największą atrakcją w tej części Hondurasu – ruinami Majów a jakże. No nie powiem, całkiem całkiem, dookoła ruin latają ogromne papugi (ary), ruiny w bardzo dobrym stanie, klimatycznie położone w dżungli, do tego super posągi jakich do tej pory nigdzie nie widziałem.

 

papuzki

W hostelu poznałem Carlosa ze stolicy, czyli z Tegucigalpa (w skrócie Teguc, tak jak Warszawa – Wawa). Kolega zapiera się że u niego w mieście bezpiecznie, oj bezpiecznie (nr 6 na liście), ale mówi że po 19 to on już nie wychodzi z domu. Za to do San Pedro Sula nawet on się nie wybiera (teraz spadło na nr 2, choć przez kilka lat nr 1, na zaszczytnej liście miast z największą liczbą zabójstw, na chwilę obecną zaraz po Caracas w Wenezueli.)  Coś w tym musi być, dlatego do San Pedro Sula nawet się nie zbliżyłem…
Z Copan Ruinas, górską drogą przejechałem do Comayagua, na chwilę zatrzymując się po drodze w kolonialnym Gracias. Przed wjechaniem do Hondurasu naczytałem się i nasłuchałem jak to lokalna policja próbuje za wszelką cenę wymusić łapówkę i że checkpointy są co kilkadziesiąt kilometrów. Plus złote rady jak tej łapówki uniknąć (np. że niby nie znamy nic hiszpańskiego – podobno działa). A to że w samochodzie powinna być gaśnica (której jak się zdaje w USA nie musi być), a to że lampka się nie zaświeca. Cóż mój tylny prawy kierunkowskaz działał jak chciał… Raz się włączał raz nie – przypaliłem go wydechem (tak niefortunnie został umiejscowiony po założeniu bagażnika). Do tego ledwo się trzyma na taśmie klejącej..;)

mój prawy kierunkowskaz:)

Póki co moje dokumenty (trochę utraciły na ważności) na każdej granicy przechodziły, zazwyczaj nie chcieli dowodu rejestracyjnego (wystarczył tytuł własności motoru), a jak już chcieli to nie zgłaszali żadnych sprzeciwów;)  Zasad dot. rejestracji pojazdów w USA też na szczęście nie znają.  Pierwsze 7 checkpointów minąłem bez problemu, zwolniłem, i zazwyczaj akurat kogoś mieli. 20 km przed Comayagua, kolejne misiaczki! Tym razem dostaję wyraźny sygnał żebym zjechał na bok. Dokumenty, a skąd, po co i dlaczego, jaki moto, ile cc, czego tak mało, itd itp. Na szczęście Pan był bardziej zainteresowany pojemnością motoru, niż tym że lampka z tyłu nie działa:D Buen viaje, uścisk dłoni prezesa, i mogłem jechać dalej;)
Do Comayagua docieram jak już się ściemniało – hotel (znowu bez luster) – 50 zł i i w miasto w poszukiwaniu jedzenia. Z tego co zauważyłem, w Hondurasie uwielbiają mięso z grilla, wreszcie coś porządnego na ząb! Wieczorem pusto na ulicach, więc żeby nie kusić losu szybko po kolacji schowałem się w hostelu. Na drugi dzień planowałem zaatakować granicę z Nicaraguą, 350 km… nie dałem rady, było tak gorąco że musiałem zatrzymać się w Choluteca, jakieś 50km od granicy, pokój z klimą, zimny prysznic i nic mi więcej nie trza było. Miasto znowu z wieczora sprawiało wrażenie pustego, wybrałem więc najbliższe i najmniejsze zło – Pizza Hut, czyli słaba pizza za wysoką cenę. Mój pierwszy Pizza Hut w życiu. I ostatni;)

źródło wikipedia
Baleada, w środku mięso, warzywka, ser. źródło wikipedia

Na drugi dzień (po śniadanku składającego się z Baleady i agua de jamaica w obleganej przez lokalsów budce) z samego rana przyatakowałem granicę – najgorsze przekraczanie jakie do tej pory zaliczyłem. 3 minuty od granicy wyprzedził mnie TicaBus, no żesz… i stało się, tłum w imigracion, 2h stania. Gorąco i duszno, lokalne panie sprzedają napoje i orzeszki, cinkciarze z grubą mamoną w ręku i obowiązkowym kalkulatorkiem na szyi paradują dumnie przed wejściem, chłopcy proszą o kilka drobniaków, pomagierzy nagabują że załatwią na lewo, że bez stania w kolejce, że za jedyne 5 dolarów. Nie skusiłem się ani na orzeszki, ani na napoje, ani na usługi pomagierów. Stoję dalej w kolejce o suchym pysku. Pobajerzyliśmy z salwadorskim pastorem z LA stojącym przede mną w kolejce(jak się później okazało gdy wręczył mi na szybko wizytówkę), czas szybciej minął a i przy okazji mój hiszpański wszedł na kolejny wyższy level (dopóki nie sczailiśmy się że obydwaj władamy w miarę dobrym angielskim). Jazda na drugą stronę granicy. Znowu to  samo, a że Pan popilnuje motoru, a i zaraz jeszcze dwóch łepków po 8 lat też zapiera się że będzie patrzeć na motor (nie mieli maczet) – bezpieczniejszy nigdy nie był. Nie znają słowa „Nie”. A pilnujcie (w bagażach zostawiam laptopa – tak gorąco, że nie chce mi się go wyjmować, zresztą przecież jest bezpieczny). Znowu kolejki, imigracion, import, obowiązkowe ubezpieczenie. Łącznie 3h – oj nie zdążyłbym dzień wcześniej przed nocą. Pan za patrzenie na motor dostał 30 cordoba (1 dolar us), chłopcy musieli obejść się smakiem, choć później przeszli w kierunku żebrania, nie wiedzieli co to honor (choć próbowałem wytłumaczyć). Wreszcie Nicaragua! Droga do Leon przez 20 km w remoncie, otwarty 1 pas, ale motorem przemknąłem pod prąd, zjeżdżałem tylko przy większej ciężarówce, nikt nie widział;)
Miasto Leon jakoś mnie nie porwało, trochę popracowałem przez kilka dni, trochę się ponudziłem – nie zawarłem żadnych głębszych znajomości. W między czasie spotkałem się tylko z Nico i Victorią – Argentyńczykami poznanymi w Antigua, jak się okazało przyjechali do Leon w tym samym czasie co ja. Za to wieczorny grill z kurczaczkiem i grillowaną cukinią za katedrą dawał radę – praktykowałem codziennie (3.5 USD z napojem, sałatką).
Wybrałem się na Volcano Boarding – zjazd na desce z wulkanu! No brzmi ciekawie, w rzeczywistości, bądźmy szczerzy, taka sobie rozrywka, za grubą kasę – 35 dolców. Ale wygląda spektakularnie i nie byłbym sobą gdybym nie spróbował. Dostajesz specjalne ubranie, okulary, deskę, do tego trzeba zasłonić usta jakąś chustką – wulkaniczny pył straszni się pcha do ust podczas zjazdu. Chłopaki mierzą prędkość zjazdu radarem.


Po kilku dniach w Leon wybrałem się do maluteńkiej wioski rybackiej Jiquilillo. No czad, szeroka plaża, palmy, zero infrastruktury. Do wioski prowadzi kamienista droga. Zatrzymałem się w Rancho Esperanza – po namowie jednej dziewczyny z hostelu w Leon. I nie żałowałem. Cisza, spokój, plaża szeroka, ciekawi ludzie na miejscu. Pojeździłem po plaży motorem przez 15 km – w czasie odpływu oczywiście!

img_8702

untitled-1

Do tego była sobota, więc cała wioska żyła wieczorną dyskoteką! Musiałem to zobaczyć;) Z trójką Brytyjczyków Olivią, Johnem i Paulą pracujących w organizacji charytatywnej w Leon wybraliśmy się na tę najlepszą imprezę we wsi. Piwkowali już od samego przyjazdu, czułem co się święci. Dołączyła też Niemka pracująca w naszym hostelu oraz Amerykanin pracujący w Hondurasie dla organizacji chroniącej m.in. dziennikarzy opozycyjnych przed ludźmi którzy najzwyklej w świecie chcieliby ich zabić.
Ostra impreza, tu i tam wylegują się pawie, parkiet pełny, ranchera, reggaeton, takie klimaty. Dyskoteka – to zwykłe zadaszenie (żeby nie padało), lichy bar, kibelek w oddali, ale za to jakie głośniki! Niosło na całą wioskę i dwie sąsiednie. Ledwo dało się rozmawiać, ale za to podpatrzyłem różne style muzyczne i taneczne. Podobno ktoś strzelał z shotgun’a, ale ja już się zmyłem wcześniej, więc ominęła mnie ta atrakcja.
Po weekendzie we wiosce zrobiło się pusto, byłem jedynym gościem na Ranchu! Do tego jedzenie niespecjalnie mi smakowało – tylko wegetariańskie dania:(  Ulotniłem się z powrotem do Leon – przed wyjazdem na wybrzeże zamówiłem nowiuśkie opony BridgeStone’a w Casa Pellas (lokalna sieciówka motoryzacyjna) i miały przyjść po weekendzie. Na poprzednim komplecie zrobiłem już prawie 18 tysięcy kilometrów, i pewnie zrobiłbym jeszcze z tysiąc, ale lepiej to załatwić wcześniej w dużym mieście gdzie jest cywilizacja.
Nauczyłem się używać klaksona. W Nicaragui, podobnie jak w pozostałych krajach Ameryki Środkowej jeżdżą tragicznie (jakby powiedział ktoś z US and A – „they drive like shit”). Klakson – za każdym razem gdy kogoś wyprzedzam, za każdym razem gdy mijam pojazd stojący na poboczu (i widzę że jest kierowca w środku), za każdym razem gdy widzę psa obierającego kurs na drugą stronę, za każdym razem gdy dojeżdżam do skrzyżowania w mieście i mam pierwszeństwo, a w szczególności gdy widzę przed sobą chicken-busa. Oni nie patrzą w lusterka, nie rozglądają się gdy włączają się do ruchu – po prostu jadą i to ty masz na nich uważać. Nie poczekają aż będzie pusto, od razu zaczynają jechać, choćby mieli przejechać kilkadziesiąt metrów poboczem pod prąd… Nigdy nie widziałem tyle wypadków co w Ameryce Środkowej, w Gwatemali pierwszy raz widziałem śmiertelny wypadek, ciało, krew itd…
A piesi to już w ogóle nie mają żadnych praw na ulicy… Mam wrażenie że już w Iranie piesi mogli więcej – kierowcy ich omijali ładnie płynnym ruchem. Tutaj pakują prosto w pieszego.
Kupiłem opony, 200 dolców, ale za to ani jednej gumy na poprzednim komplecie! Zajechałem do „vulcanizadora” poleconego przez recepcjonistę w hostelu. Powołałem się na niego, napisał mi na karteczce „Lester – ijo de Hermana Blanca”, nie skojarzyli. Ale i tak opony wymienili za 7 zł! Aż mi wstyd było mówić za ile kupiłem te opony… Zachwycili się aluminiowymi obręczami, wtryskiem paliwa – tu jeździ się najgorszym shit’em, którego nie chcą Amerykanie.
Pograłem w hostelu w bilard, ograła mnie niestety Nica (? tu na tubylców mówi się Nicas, na Kostarykańczyków – Ticos, a na Gwatemalczyków – Chapines) o adekwatnym lekko słowiańskim imieniu Vielka. Następnego dnia kierunek Granada, chcę zobaczyć bulgoczącą lawę w wulkanie Masaya!

suszenie-butow
…i bonusowe zdjęcie, padało:)

Dodaj komentarz

Nazwa *
E-mail *
Witryna internetowa