Adiós Centroamérica! Dwutygodniki motocyklowe cz. 6 bmo

Z jeszcze mokrymi butami i folią zamiast skarpetek wyjeżdżam „z rana” w stronę Tortuguero znajdującego się po stronie Karaibskiej. Przede mną jakieś 150 kilometrów, godzina łódką i 10 minut pieszo. Przed hotelem rozpoczyna ze mną gadkę ciekawski Kanadyjczyk, nie jestem asertywny, po raz co najmniej setny opowiadam historię mojej podróży. Akurat mi się spieszy, chcę zdążyć na przedostatnią łódź z Cariari do Tortuguero o 12:30 – następna dopiero o 16. Moje letnie rękawiczki na motor śmierdzą grzybem (chyba powinienem je w końcu wyrzucić), zostały mi te na zimę i deszcz, więc decyduję się na jazdę bez rękawiczek. Omijam San Jose z szalonym ruchem ulicznym (ruch w Alajueli też wyjątkowo duży, ostro się przeciskam między samochodami naśladując lokalsów wjeżdżając trochę na chodnik), jadę przez Hereidę. Przejeżdżam przez park narodowy i góry, chwilowo robi się zimno, ale im bliżej wschodniego wybrzeża tym cieplej. Po drodze zaopatruję się w kilogramowy worek liczi/rambutan/mamon chino i dojeżdżam do Cariari do hotelu El Tropico, pytam się czy mogę zostawić motor i kilka toreb – tak tak, zapraszamy, 1000 colones za dobę. Spoko wychodzi 2 dolce dziennie, wyhaczyłem taniutki (nawet na warunki nikaraguańskie) prywatny pokój za 13 dolców w Tortuguero wiec nie jest źle. Przepakowuję się, biorę najcenniejsze rzeczy ze sobą, trochę ubrań i oczywiście kilo liczi – prawie nic nie jadłem od rana (nie licząc banana i maślanych ciasteczek w hotelu przed wyjazdem) więc po drodze opycham się do syta. Godzina 11:20, podobno autobus do portu przejeżdża za 10 minut obok hotelu, streszczam się i autobus zaraz zajechał, zdążyłem. Kupuję bilet za 5 dolców – w cenie od razu łódka. W środku trochę gringos, więcej lokalsów – dużo cudzoziemców wykupuje zorganizowane wycieczki już w San Jose i nie korzystają z publicznego transportu. Godzina jazdy, po drodze ogromne pola z bananami (Kostaryka była niegdyś królem eksportu bananów, teraz turystyka jest na pierwszym miejscu jeśli chodzi o przychody, ale banany dalej są wysoko). Dojeżdżam, namierzam publiczną łódkę, siadam. Rzuca mi się w oczy radosny murzyn zagadujący do gringo – jak się okazuje (podpatrzyłem jego listę nazwisk na kartce) ma też moje nazwisko na kartce… Akcja nagabywania gringos na wycieczki (pod przykrywką przywitania i odebrania z portu) zaczyna się więc już na łodzi… Ziomek dostaje dane z rezerwacji z kilku hoteli i ma ich zgarnąć i przyprowadzić do hotelu – w zamian po cichu namawia na wycieczki gdzie jest przewodnikiem. Niestety pan przewodnik wykorzystuje dane z rezerwacji jeszcze do swoich niecnych celów. Zagaduje do nic nie wiedzących samotnie przyjeżdżających do Tortuguero chicas na FB i na Whatsup’ie. Zagadał też do mnie kilka dni wcześniej na whatsupie niby przypadkiem, niby się pomylił – imię Karol (też przez K) jest w Kostaryce imieniem damskim. Zignorowałem jego wiadomości, na FB też mi się pojawiła informacja że być może go znam (czyli wyszukiwał mnie na FB). Taki wioskowy lowelas.
Beach Hotel Tortuguero jak nazwa wskazuje zaraz przy plaży. Robię użytek z wentylatora i suszę buty przz kolejne 2 dni. Plaża piękna, palmy, w nocy po 21 na plażę przypływają żółwie złożyć jaja, dlatego od godziny 18 jest zakaz przebywania na plaży bez przewodnika. Tortuguero to malutka wioska odcięta od reszty Kostaryki, żyjąca głównie z turystyki, wszędzie hotele i przybytki dla turystów. Drogo, funduję sobie rybkę za 10 dolców, bo głodował nie będę. W hotelu pustki, pierwszej nocy oprócz mnie tylko jedna osoba. Rezerwuję wycieczkę po kanałach w parku narodowym żeby pooglądać zwierzątka na 6 rano na drugi dzień! Podobno o tej porze można zobaczyć najwięcej. Kładę się spać wcześnie.

img_20161019_234253
Stawiam się o 6 pod biurem turystycznym, na miejscu radosny murzyn z łódki z dnia wczorajszego oraz jego brat bliźniak – ten drugi (niestety jak się później okazało niezwykle nieuprzejmy i niemiły człowiek) to mój przewodnik. Idę 100 metrów w stronę parku – podobno tam już są pozostali uczestnicy wycieczki, kupuję bilet wstępu do parku za jedyne 15 dolców i wio do łódki, używamy tylko wioseł żeby nie spłoszyć zwierząt. Razem ze mną płyną dwie Hiszpanki i dwie Francuzki. Pozostała część wycieczki mówi po hiszpańsku więc daję przyzwolenie naszemu przewodnikowi że może mówić po hiszpańsku, postaram się zrozumieć. Sceneria o świcie super, spokojna woda, dookoła dżungla, cisza, trochę mgły, słychać tylko zwierzęta. Widzimy kilka małp, duże jaszczurki jak iguany, śmieszne ptaszyska pozujące z rozłożonymi skrzydłami, krokodyla. Nasz przewodnik wielce irytuje się gdy któreś z nas nie może dostrzec ukrytej jaszczurki na gałęzi, na każde pytanie tylko odburkuje. Pod koniec łapie nas ostry deszcz, na szczęście tym razem wziąłem pelerynę i nie wziąłem telefonu. po 2h kończymy wycieczkę, „obowiązkowe” pura vida z ust przewodnika (aczkolwiek niestosowne w jego ustach), rozchodzimy się.

img_8874

img_8879

img_8884

woda

Po południu wybieram się na kilkukilometrową przechadzkę po parku narodowym wytyczonym szlakiem (obowiązuje ta sama wejściówka co rano na łódce, więc już drugi raz nie płacę). Zaraz przy wejściu spotykam Hiszpanki z porannej wycieczki, idziemy razem (też zgadzają się co do marności naszego przewodnika z łódki). Na szczęście tempo mają jeszcze wolniejsze niż ja z moim obolałym jeszcze kolanem, dlatego też udaje się zobaczyć dużo zwierząt – motylki, ogromne pająki, leniwca, tukana, dużo małp i jaszczurek (ostro pozujące do zdjęć). Przyleciały 2 dni temu, więc zachwyca je wszystko. Testujemy jak wolno porusza się leniwiec – bardzo wolno, w odstępie 2h nie poruszył się wcale;) Podobno śpią 20h na dobę. Tylko jedna z dziewczyn mówi po angielsku, więc uruchamiam mój biegły hiszpański, który po tym dniu wskoczył na kolejny wysoki poziom! Zagadujemy do policjantów na kładzie patrolujących plażę, proponują świeże kokosy, zrzucają je z palmy, otwierają maczetą, swojego kokosa otwieram sam pod czujnym okiem policjantów – ich maczetą;) Kokosy pełniutkie, przy okazji dowiadujemy się że tylko na skorupkę w środku mówi się „coco” w Kostaryce, na kokos z tą zieloną obwódką mówi się „pipa” – sprzedawcy często reklamują swoje schłodzone kokosy hasłem „pipa fria”:) Podobno po 16 można zobaczyć małe żółwiki wykluwające się z jaj i szybko biegnące w stronę morza. Widzimy tylko puste jaja, doły wykopane przez „żółwie mamy”, zero żywych małych żółwików, tylko kilka skorupek małych żółwików które niestety nie dobiegły do morza. Tylko mały procent tych żółwi przeżywa po wykluciu.

pajak

img_20161021_113243

img_20161021_122926
Wracamy do wioski, obiadek i idę do mojego hotelu. Na miejscu pojawiła się nowa ekipa, Szwajcarzy i Meksykanka. Zagaduję i idę z nimi tej nocy oglądać żółwie składające jaja na plaży. 25 dolców od osoby, drogo, ale mam nadzieję że warto.
Godzina 21:15 przybywa nasz przewodnik, idziemy do tzw. „poczekalni” na plaży. Idea wycieczki dość komiczna. Po godzinie 21 zbiera się dwudziestu gringo (oraz 5 przewodników) żądnych zobaczenia żółwia który w ekstazie składa dziesiątki jaj w blasku księżyca. Jeden lokalny ziomek lata po kilkunastokilometrowej plaży i wypatruje czy przypadkiem nie nadpływa żaden żółw. Gdy żółw się pojawi, ów ziomek, dzwoni do przewodników i oznajmia na którym kilometrze jest zwierzę. Przewodnicy wspólnie z gringos decydują czy chcą drałować godzinę do żółwia, czy jednek chcą poczekać na kolejnego, który być może przypłynie nieco bliżej. Gdy ten się pojawi, czekamy aż zacznie składać jaja żeby go nie spłoszyć (w trakcie składania jaj żółw jest w transie i można wokół niego chodzić, a on nic sobie z tego nie robi, tylko wyrzuca z siebie kolejne piłeczki ping-pongowe do dołka). Ziomek z plaży daje sygnał że składanie jaj się rozpoczęło, wszyscy ruszają na plażę z latarkami świecącymi tylko na czerwono (zwykłe latarkowe światło jest zabronione, robienie zdjęć też zabronione).
Podchodzimy w grupach kilku osobowych, okrążamy żółwia od tyłu, przyświecamy czerwoną latarką, przewodnik nachyla się i odchyla tylną płetwę żółwia żeby nie zasłaniała tego cudu natury rozgrywającego się na naszych oczach. Każda z grup podchodzi po kilka razy, ąż w końcu żółwiowi skończą się jaja i zaczyna maskować miejsce ich złożenia, sypie piaskiem na lewo i prawo, można łatwo dostać po oczach. Czekamy pół godziny aż skończy zasypywać dół, w między czasie w to samo miejsce nadpływa drugi żółw. Przewodnicy znużeni czekaniem aż pierwszy żółw skończy zakopywać swój dół (mówią że idzie mu to wyjątkowo mizernie), postanawiają że spłoszą tego drugiego żółwia, po to tylko żeby moć pokazać gringos jak żółw odchodzi i odpływa w siną dal do morza. Nie udaje się to, drugi żółw jest bardzo zdeterminowany żeby złożyć właśnie dziś jaja, ten pierwszy wciąż macha płetwami i miota piaskiem. Zarządzają odwrót, czas do spania, zbliża się północ. Suma sumarum, ciekawe doświadczenie.
Na takim odludziu był mimo wszystko całkiem dobry internet, więc między pływaniem łódką a oglądaniem żółwi na plaży mogłem popracować. Po 3 dniach w Tortuguero zbieram się z rana z powrotem do Cariari gdzie zostawiłem swój motor. Jadę w stronę granicy z Panamą do Puerto Viejo też na wybrzeże karaibskie. Po drodze kupuję znowu liczi, tym razem 2 kg. Przejeżdżam przez dwa duże portowe miasta Limon i Moin, mijam dziesiątki tirów z logo Chiquita z bananami którymi będziemy się obżerać w Europe. Trochę gubię się w mieście Limon, rzuca mi się obraz nędzy, pusto na ulicy, trochę bezdomnych, przed nosem przejeżdża mi gangsta ekipa na motorze, jeden kieruje, drugi z tyłu jedną ręką trzyma się kierowcy, w drugiej ręce trzyma wielki karabin maszynowy skierowany ku górze (jak w gangsterskich filmach z yakuzą) – na szczęście to tylko policja. Kostarykanie ostrzegali mnie przed tą częścią ich kraju, że jest niebezpieczna, pewnie głównie dlatego że mieszka tu dużo murzynów (z kolei ci mieszkający w Limon ostrzegali mnie przed pozostałą częścią kraju, że strasznie kradną samochody i motory, komu wierzyć w tych czasach?). Znowu dojeżdżam w deszczu do miasta docelowego i całe kilkudniowe suszenie jak psu w dupę. Na pierwszy rzut ok Puerto Viejo bardzo turystyczne (na drugi rzut też). Zajeżdżam do pierwszego poleconego mi hostelu – full, recepcjonistka rzuca na szybko różnymi nazwami innych hosteli w mieście, jako pierwszy wymienia Hostel Pagalu, namierzam go na maps.me (mapa offline) i po kilku minutach zajeżdżam. Piękna miejscówka, czysto, kuchnia, „hangout room” przewiewny, spokojna muzyka w tle, gości lokują wg wzoru FIFO (first in first out), nie ma możliwości rezerwacji. W mieście drogo, więc większość gości gotuje. Mój cel na najbliższe dni: zobaczyć wreszcie takiego leniwca który nie śpi i choć trochę się porusza (oczywiście w miarę możliwości, nie wymagajmy od nich zbyt wiele, w końcu to leniwce).
Na drugi dzień wybieram się motorem w stronę plaży Punta Uva – jakieś kilkanaście kilometrów. Po drodze zatrzymuję się na kilku innych plażach, jednak Punta Uva bije je wszystkie na głowę! Plaża może i nie jest szeroka, ale za to długa, z palmami skierowanymi w stronę morza, super miejscówka na całodniowy relax! To też czynię. Jedna z ładniejszych miejscówek jakie widziałem. Zagaduję „kampiących” Amerykanów gdzie tu można snorklować i pooglądać trochę rybek, kierują mnie na sam koniec plaży. Jadę, zaraz obok zajeżdża potężny pikap, „buenas!”, i tak poznałem Coco z młodszą o 20 lat żoną z miasta Limon. Gawędzimy przy lokalnej wodzie mineralnej, idę posnorklować – Coco chowa moje rzeczy do pikapa – mówi że tak będzie bezpieczniej. W wodzie udaje się zobaczyć kilka kolorowych rybek + coś co wyglądało jak konik morski. Coco opowiada trochę o tym co robi i o realiach w Kostaryce (oczywiście związany jest z biznesem portowym). Mówi że Polacy opanowali dwa interesy w jego pięknym kraju – robią skimming kart w bankomatach (w kooperacji z Rumunami, dlatego też on wypłaca kasę tylko w banku) oraz wstawiają w różnych miejscach automaty do gier. Poza tym o Polakach wie że mieliśmy papieża i oczywiście zna jego imię i nazwisko (jak wiele ludzi w Ameryce Łacińskiej). W między czasie okazuje się że za naszymi plecami (dosłownie kilkanaście metrów) został obrobiony samochód gringos – zasłonili go swoim samochodem, żeby nie było nic widać, włamali się i zwędzili kilkaset dolców i komórkę. Coco jak tylko to usłyszał zwinął się szybko do domu – daje mi nr telefonu i zaprasza do siebie. Ja zostałem jeszcze do zachodu słońca. Na plaży wychwycam jakby polski akcent, zagaduję, to Polacy mieszkający w Niemczech, przylecieli na 2 tygodnie, już prawie końcówka, zachwyceni miejscówką. Na drugi dzień podobna sytuacja z kolejną ekipą z Polski, tym razem w centrum. Okazuje się że w mieście jest Hotel Joanna, prowadzony przez Polaków.

punta-uva

img_8901
Trzeciego dnia wybieram się na północ od miasta do parku narodowego Cahuita, tym razem poluję na leniwce. Motor zostawiam przy wejściu (przewodnicy oferują wycieczkę za 35 dolców, uprzejmie dziękuję, drogo panowie), kask i kurtkę u strażniczki parku, wejściówka co łaska, zostawiam cztery dolce i wio po dżungli wzdłuż plaży. Widzę ekipę z przewodnikiem, coś oglądającą przez lornetkę w lesie, słyszę rosyjski, priviet, co tam oglądacie? Leniwce! Trochę daleko, ale wreszcie się ruszają:) Idę dalej, przeprawiam się przez małą rzeczkę, zagaduję do dziewczyny idącej w tym samym kierunku, oczywiście z USA, z zachowania wyjątkowo jak nieamerykanka, więc zapraszam do dalszego wspólnego polowania na zwierzęta. Tu przy okazji mała dygresja na temat podróżujących Amerykanów. Słyszałem już wcześniej, że są wyjątkowo znienawidzoną podróżującą nacją, ale nigdy wcześniej nie było mi dane doświadczyć tego na własnej skórze. Nawet sami Amerykanie (żeby nie być zaszufladkowanym, przedstawiają się często jako Kanadyjczycy, do tego naklejają sobie na plecak flagę z czerwonym liściem klonu). Mnie osobiście podróżujący Amerykanie (w dużej większości, na pewno duużo zależy od mojego nastawienia) irytują przez: tą ich rozdmuchaną do ogromnych rozmiarów pewność siebie. To że muszą płacić tymi swoimi dolarami, bo przecież po co wymieniać na lokalną walutę, zawyżają przy tym ceny i nawet nie pomyślą żeby się potargować, łykają każdą zaproponowaną kwotę, bo „i tak jest taniej niż u mnie w LA!”. To że gdy się osiedlają za granicą wprowadzają wszędzie swój amerykański porządek i styl życia, zabijając przy tym autentyczność danego miejsca. To że nie nauczą się lokalnego języka, tylko na siłę będą mówić w tym swoim „amerykańskim”. To że są głośni! Krzyczą na ulicy, widać ich z daleka, podniecają się każdą najmniejszą rzeczą (co brzmi po prostu sztucznie): „Really! Awesome! No way dude!”. Dla porównania, nie mam nic do j. angielskiego w oryginalnej postaci z UK, podróżujący Brytyjczycy są z reguły baardzo rozgarnięci i rozmowa z nimi to czysta przyjemność (też ze względu na akcent, też ze względu na jakość rozmowy). Koniec dygresji i jadu, wracamy do dżungli. W Parku Cahuita widzimy kupę wielkich pająków, małp, i wreszcie leniwca wiszącego w małej odległości od nas i twarzą skierowanego do nas. Leniwiec -odhaczony. W parku jest rafa (podobno fajna, dużo rybek) ale niestety nie można snorklować samemu, jest przymus pływania z przewodnikiem, oj komercha na siłę. Ale park fajny, trasa wzdłuż wybrzeża, w każdej chwili można się zatrzymać na pustej plaży.

leniwiec
Klamka zapadła, postanawiam że kończę wycieczkę motorem i wracam samolotem do…. oj nie nie, nie wracam do zimnej polski, wracam do Meksyku. Kupuję bilet do Oaxaca na „za tydzień” z San Jose w InterJet (wg mnie najlepsza meksykańska linia lotnicza, dużo połączeń, dużo miejsca na nogi, mały poczęstunek w cenie, choć nieco drożej – 200 dolców z przesiadką w Mexico City).

Wróciłem do Alajuela kilka dni przed wylotem. Teraz pytanie co zrobić z motorem. Mam następujące opcje:
1) sprzedać lokalsowi (to wiąże się z zapłaceniem dużego podatku importowego 50% od wartości motoru ustalanej przez rząd kostarykański, wyjdzie 1500 dolców),
2) oddać na przechowanie na prywatny parking tzw. almacen fiscal ( regulowane przez rząd instytucje, dzięki temu dostanę papier i będę mógł po powrocie np. za pół roku wznowić tymczasowy import motoru do Kostaryki),
3) wysłać statkiem do Miami (co wiąże się z pewną opłatą) i sprzedać w USA za w miarę dobrą cenę.
4)wrócić motorem do Meksyku, co wiąże się z pchaniem się przez te wszystkie granice, poza tym znowu będzie problem co 6 miesięcy z odnawianiem tymczasowego importu.
5) oddanie na przechowanie do garażu u znajomych w Alajuela – niestety przechowując powyżej 3 miesięcy złamałbym prawo i tymczasowy import motoru straciłby ważność i nie mógłbym go legalnie przedłużyć
6) Zostawić na ulicy i czekać aż go ukradną. No najmniej problemowa opcja, ale szkoda motoru i kasy

Trudna decyzja, w żadnej z opcji nie zdołam odzyskać pełnej wartości motoru. Decyduję się na opcję nr. 2 czyli na przechowanie na parkingu Almacen Fiscal. Dzięki temu mam sprawę otwartą. Jeśli nie będę chciał dłużej kontynuować podróży motorem to po prostu go porzucę, po roku motor przejdzie na własność rządu i mi go zlicytują. Biorąc pod uwagę wysoki podatek przy sprzedaży, wcale tak dużo nie tracę, a oszczędzam swój cenny czas. Jeśli będę chciał dalej podróżować to odbieram motor, płacę za przechowanie i jadę dalej do Ameryki Południowej (co wiąże się z opłatą 450 dolców za przechowanie, 1000 dolców za podróż dużą łodzią z żaglami z Panamy do Kolumbii, są w stanie zabrać motor na pokład). Mogę też go zawsze odebrać i sprzedać lokalnie lub wysłać statkiem do USA i zarobić chociaż z 1000-2000 dolców (zwróci się powrót do Kostaryki/lot do Miami i jeszcze trochę zostanie).
Parkingi tego typu są zlokalizowane głównie wokół lotniska w San Jose. Zrobiłem mały research i w grę wchodziły 2 polecane firmy El Coco oraz Terminales Unidas. Obydwie pobierają opłatę ok 3 dolców dziennie, z tym że ten pierwszy ma podobno zadaszony parking. Jadę zatem do El Coco. Parking graniczy wręcz z lotniskiem. Dopytuję, cena $3.5/dzień, pytam o zniżkę (panie, będzie stał co najmniej 6 miesięcy;)). Kierują mnie do sympatycznego szefa. Gadka szmatka, przemiły pan, zbijam cenę do 2.5 dolca za dzień. Płatne przy odbiorze. Pięknie. Wjeżdżam motorem do magazynu, tam stoi już jakieś 6 motorów z blachami brytyjskimi, hiszpańskimi i amerykańskimi. Jeden stoi tu już od 2013 roku – już jest własnością rządu, czeka na licytację. Zostawiam jeszcze kask, dostaję papier potwierdzający po(rzucenie)zostawienie motoru i idę 2km do Aduana – urzędu celnego przy lotnisku, żeby zawiesić tymczasowy import motoru. Całość zajęła nie spiesząc się ok 2h.
Zostają mi całe 4 dni w Alajuela, totalnie nieturystycznie miasto, ale za to jak najbardziej autentyczne. Codziennie uczęszczam na lokalny mercado z najlepszym i najtańszym jedzeniem a szczególnie w Soda Carlos Luis (https://www.facebook.com/SODA-Carlos-LUIS-667897296577944/), z najlepszymi casado (zestawy obiadowe) + świeżutkimi sokami za nieco ponad 20 zł razem. Przesympatyczne obsługa. Mam czas żeby popracować i pouczyć się hiszpańskiego.
Dokładnie 1 listopada lecę do Oaxaca gdzie Michał już od tygodnia próbuje lokalnych specjałów i podgląda uroczystości Dni zmarłych (podobno najbarwniejsze w całym Meksyku). Adios Centroamerica! Na tym też kończę moto-podróż, ciąg dalszy być może nastąpi! (chyba muszę zmienić tytuły wpisów).