IMG_8342

Dwutygodniki motocyklowe cz. 1, być może ostatnia

4:00, Kraków, początek sierpnia – właśnie mija rok od zaprzysiężenia nowego prezydenta wszystkich Polaków. Wymieniam z kierowcą “ikara” poglądy polityczne, zgodzamy się co do perfekcyjnej organizacji ŚDM i wyższości meksykańskiego taco nad burrito, i po 30 minutach jestem na lotnisku. Niewyspany jadę na poranny (szósta zero zero – kto w ogóle wymyśla takie godziny(?)) lot w jedną stronę do Cancun – meksykańskiej stolicy spring breaków i zawyżonych cen ogranizowanych dla mieszkańców bogatego sąsiada z północy.

12 godzin z podkulonymi nogami i walką o podłokietniki w Condor’ze minęło gorzej jak 12 godzin w Polskim Busie z Rzeszowa do Berlina, nawet się nie można przewietrzyć. Za to chociaż dają jedzenie odgrzewane w mikrofali. Lotnisko w Cancun, pełne amerykańskich turystów, krótka rozmowa z celniczką, w kieszeni na wszelki wypadek przygotowany wydruk “biletu” wyjazdowego z Meskyku jakby kto pytał (przylatując do tego kraju samolotem, trzeba mieć bilet wyjazdowy, inaczej mogą nas nie wpuścić już podczas wsiadania do samolotu), i bienvenido a Mexico! Na Jukatanie porno i duszno, toż to sierpień, melduję się w moim AirBnb i przez najbliższe dni walczę z jet lagiem oraz wreszcie opycham się tacosami do syta. Za jedyne 25 peso/5 zł dostaję 3 sztuki i butelka coca coli w cenie – zawsze dobre –  i na śniadanie, i na obiad i na kolację.

Po 3 dniach w Cancun lecę Volaris’em (250 zł) do San Cristobal, gdzie zostawiłem na ponad 4 miesiące moto u pary meksykańsko-belgijskiej (podobno jeszcze stoi). Wciąż walczę z jet lagiem, budząc się regularnie o 4 w nocy. Po przylocie od razu jadę po motor – całe szczęście jak stał tak stoi. Trochę zakurzony i skolonizowany przez pająki odpala bez problemów. Zabrałem go na przegląd do salonu Yamahy, chłopaki zaraz wzięli się do roboty, wymienili olej, sprawdzili co trzeba, nawet wypucowali – aż strach parkować na ulicy tak się błyszczy. 1000 peso i motor jak nowy.

Diego,Francuz, host z airbnb u którego się zatrzymałem, zabiera mnie do knajpy z kraftowym piwem bez szyldu, gdzie by wejść trzeba zastukać w drzwi. Mówi że zniszczymy jet lag’a. W środku 4 rodzaje piwa do wyboru (m.in. pszeniczne piwo ‘Brexit’), był ping pong i zakąski na modłę włoską, meksykańską i o dziwo polską – ‘kielbasa’ za 30 peso, jednak podziękowałem. Prawie sami lokalsi, prawie nikt nie mówi po angielsku, ale 2 kraftowe piwa zrobiły robotę i hablo espanol muy bien!  Po tej nocy jet lag zniknął.

Po tygodniu w Meksyku spędzonym na aklimatyzacji, wyruszam w stronę dobrze mi znanego przejścia granicznego z Gwatemalą w La Mesilla. Kończy mi się po raz drugi 6 miesięczny import motoru, i muszę opuścić terytorium Meksyku. Po drodze śniadanko w przydrożnym straganie u starszej Meksykanki, 2 tamales, do popicia kawusia (niesetety atole nie było – to prekolumbijski napój na bazie wody, mąki kukurydzianej, cukru). 15 peso i jedziemy dalej. Granica. Anuluję import motoru w Banjercito, Pan robi zdjęcie motocykla pod przepisowym kątem 45 stopni i obiecuje że kaucja 400 dolców wróci do mnie za kilka dni na konto (wróciła, niestety jak zwykle jestem stratny na podwójnym kursie wymiany). Żeby wjechać do Meksyku pojazdem z zagranicy trzeba zapłacić kaucję zwrotną gotówką lub kredytówką w wysokości zależnej od rocznika. Idę do drugiego okienka po stempel wyjazdowy. Znajoma twarz. To ten sam celnik który wymusił na mnie kilka miesięcy wcześniej bezprawnie opłatę wyjazdową 390 peso (niecałe 100 zł), która oczywiście poszła prosto do jego skorumpowanej kieszeni. To typowy “scam” na granicy meksykańskiej. Widzę jak urabia całą grupę turystów z busa jadącego do Gwatemali, płacą pokornie. Tym razem się nie dam. Znam przepisy (rychło w czas), i ta opłata jest uwzględniona w bilecie na samolot do Meksyku (mam nawet rachunek, żeby nie było). Moja kolej. Rzucam mu kask na blat, kłapię głośno paszportem przed nosem… Zdębiał. Przewertował paszport, wyciągnął kartę turysty – ‘gotowe’ krzyknął. Wyczuł że nic nie ugra;) Albo po prostu już wystarczająco się tego dnia obłowił. Jadę do granicy “właściwej”, to aż 4 km od budek pograniczników. Na granicy jak zwykle sajgon, od jaj po świadków jehowy, ludzie jeżdżą motorkami tam i z powrotem, schylając się tylko żeby nie zawadzić o szlaban graniczny. Po stronie gwatemalskiej celnicy na pełnym relaksie, duże płaskie telewizory, leci na żywo mecz IO w siatkówce Polska – USA, przegrywamy 0:2. Zeszło półtorej godziny, codzienna dawka TV ważniejsza. Z importem motoru na 90 dni, ubrany w 3 warstwy ubrań (miało padać!) jadę przez góry w stronę Quetzaltenango, w skrócie Xela (czyt. szela).

Zajeżdżam wieczorem. Jak na złość nie padało, tylko się upociłem. Kieruję się do Casa Seibel, hostelu polecanego przez Diego z San Cristobal. Pokój 2 os. 120 Quetzali (60 zł) – pięknie. Na miejscu poznaję Colina i Aamandę – parę z San Francisco – właśnie kupili hondę 125 i we dwójkę kierują się w stronę Ameryki Południowej. Pracują w hostelu “za pokój” łącznie przez miesiąc i bardzo sobie chwalą. Oj we dwójkę + bagaże będzie ciężko. Od 2 tygodniu w hostelu mieszka też para z UK – Ian i Paula. Rzucili pracę, swoje domy wynajęli, i od ponad roku razem budżetowo podróżują. Klaruje się wyjście na aktywny wulkan Santa Maria w najbliższą sobotę. Postanawiam zostać na dłużej, żeby załapać się na zdobycie wulkanu.

Razem ze wspomnianymi wcześniej Amerykanami i Brytyjczykami umawiamy się na 5:30 w hostelowej kuchni i idziemy łapać chicken-busa w stronę wulkanu. Wyruszamy wcześnie, żeby zdążyć przed częstym o tej porze roku popołudniowym deszczem. Idziemy na własną rękę bez przewodnika, uzbrojeni w gps i scyzoryki (na trasie zdarzały się napady na turystów, teraz podobno jest bezpiecznie). Bus zajeżdża o 6 pod cmentarz, wsiadamy, Ian wisi w otwartych drzwiach, ledwo się zmieścił. Kierowca wysadza nas przy drodze prowadzącej na wulkan. Zaczynamy od wysokości 2380 m n.p.m., szczyt wulkanu to 3772 m n.p.m. Wysokość daje się we znaki, zadyszka, częste postoje, narzeka (pozytywnie) szczególnie Paula. Z gps’em, strzałkami, i pomocnymi lokalsami docieramy po 3 godzinach i 20 minutach na górę. Ani jeden pan z maczetą na nas groźnie nie spojrzał (a byli, wycinali trawę). A na szczycie… dziwne lokalne obrzędy. Kobity (w większości) płakały, lamentowały, biły pokłony, brawo, skakały, modliły i trząsły się jak w jakimś rytualnym transie. Wyglądało to tak jakby chciały wyrzucić z siebie wszystkie emocje. Bardzo możliwe że czymś się wspomagały (tak jak to robią mocnym bimbrem w kościele w wiosce Chamula w Meksyku). Trwało to przez cały czas jaki byliśmy na górze (jakaś godzina), i kto wie jak długo przedtem i potem. Szamanizm połączony z chrześcijaństwem. Z grzeczności nie robiłem im zdjęć i filmów, zobaczycie na własne oczy. Niestety erupcji sąsiedniego Santiaguito nie zobaczyliśmy, chmury szczelnie wszystko zakryły. Ale i tak było fajnie;)

Zmęczeni, wracamy po 14 do hostelu. To wejście na wulkan to jednak pikuś w porównaniu do tego co mnie czeka podczas wejścia na Acatenango za kilka dni w Antigua Guatemala…

cdbmn (ciąg dalszy być może nastąpi)

Dodaj komentarz

Nazwa *
E-mail *
Witryna internetowa