img_8735

Flor de Cana musiał być, Dwutygodniki motocyklowe cz. 5 bmo

Pojechałem do Granady, zatrzymałem się w hostelu Oasis, akurat gdy wszedłem robili obowiązkowe zadymianie hostelu, tak żeby pozbyć się komarów. Znowu spotkałem się ze znajomymi Argentyńczykami, zatrzymali się w tym samym hostelu. Miasto mi się podoba, ładne kościółki, kolorowe kolonialne domy, czysto.

img_8711

img_8723

Wybrałem się wieczorem na kolejny wulkan – wulkan Masaya. Tym razem na sam szczyt prowadzi asfaltowa droga, więc zero wspinania się. A na górze coś czego jeszcze nie widziałem – bulgocząca rzeka lawy w kraterze! Jedno z trzech miejsc na świecie gdzie można to zobaczyć (na pewno jeszcze w Hawajach).

 

img_8742

img_8749

img_8755

Szybka decyzja z rana i z Granady pojechałem na wyspę Ometepe z dwoma wulkanami na wyspie. Najpierw 70km do miasta Rivas i do portu. Przed portem zaparkowane dwie potężne maszyny BMW na brytyjskich blachach. Łódź którą płyniemy na wyspę bardzo wysłużona, jedzie kilkudziesięciu pasażerów, 3 ciężarówki, ze 2 osobówki, jakoś wcisnęli motory i „w miarę” zabezpieczyli. Nasi na łodzi! Podróżujący na beemkach to Szymon i Alex (Polak i Francuzka). Jadą dookoła świata. Motory wysłali samolotem z UK do Buenos Aires, taniej (i oczywiście szybciej) niż na statku. Jedziemy na drugą stronę wyspy do miejscowości Santa Cruz. Hostel El Zipolite – do którego się początkowo kierujemy, choć bardzo klimatyczny, niestety położony w lesie na wzniesieniu, gdzie nie można dojechać motorem (trzeba by wtaszczyć wszystkie bagaże na górę). Zatrzymujemy się w Hostel Istiam – $5/osobę – z fajnym tarasem i ogródkiem. Relax, z wieczoru lokalny specjał Flor de Cana – 7 letni rum, wreszcie ciekawsza dyskusja wykraczająca poza proste „Hi, where are you from”, i do tego wreszcie po polsku!
Na drugi dzień po obfitym śniadanku w hostelu, tylko za 2 dolce, jedziemy okrążyć mniejszą część wyspy i po drodze wstąpimy zobaczyć wodospad. Droga do wodospadu kamienista i trudna, jednak zdecydowałem się pojechać na górę. Błąd! wyglebiłem, nie miałem ochraniaczy na nogi, uderzyłem niefortunnie kolanem w kamień. Kolano spuchło, nie mogłem chodzić. Przesiedziałem 3 godziny w nadziei że się poprawi, było jeszcze gorzej (wodospadu oczywiście nie obejrzałem). Na szczęście Szymon z Alex pomogli mi zejść i sprowadzić moto na dół. Jakoś dojechałem do hostelu na motorze, opuchlizna nie schodzi… Jednak nie wejdę na wulkan na wyspie na drugi dzień…

Kolejne dwa dni przesiedziałem na krześle przed pokojem na świeżym powietrzu (na szczęście nie było zbyt gorąco) z unieruchomioną nogą. Ledwo chodziłem, miałem poważne problemy żeby usiąść na kibelku, że już o wstawaniu z niego nie wspomnę (oj przydałby się taki specjalny uchwyt w łazience, z którego zawsze się śmiałem). Na szczęście w hotelu była restauracja i jeszcze ze dwie inne niedaleko. Na trzeci dzień mogłem już usiąść na motorze i w końcu wyjechałem z wyspy. Chciałem pójść do lekarza, i sam nie wiedziałem gdzie pojechać czy do bliskiego Rivas (nieco większe miasto ale bez wyrazu) czy do San Juan del Sur (mniejsze miasteczko na wybrzeżu, mekka serferów, niestety bardzo komercyjne). Padło na to drugie i po 1,5h znowu byłem na wybrzeżu Pacyfiku. Hostel Esperanza, szarpnąłem się na prywatny pokój, stargowałem do $16 z początkowych 20. Zostałem ponad tydzień.

img_20161008_173956
Okłady z kapusty, polanie świeżym i ciepłym moczem i inne sposoby na wyleczenie opuchlizny kolana

Miałem oczywiście ubezpieczenie turystyczne – Planeta Młodych, coś ponad stówkę na cały rok z ubezpieczeniem wszędzie poza USA i Kanadą, do 39 roku życia (na Euro26 już jestem za wiekowy). Przy okazji miałem możliwość sprawdzenia procedury „wykorzystywania” tegoż ubezpieczenia – wreszcie ma okazję się przydać. Dzwonię, zgłaszam zdarzenie, co, gdzie, jak i czy był trzeźwy (siur siur drogi panie). Wszystko wyjaśnione Pan ma do pół godziny oddzwonić. Oddzwania (strzeszczaj się Pan bo 8 zł/min), niestety nie mają żadnego ośrodka zdrowia z którym by współpracowali w San Juan. Pan mówi żebym znalazł lekarza sam, wziął faktury i dokumentację i po wszystkim wysłał do nich pocztą. Przy okazji podsyła na maila kontakt do dwóch lekarzy (z pierwszego linku po wpisaniu w wyszukiwarkę doctor san juan) – tych już sobie sam znalazłem. Ale dobra. Właściciel hostelu polecami lekarza, jak się później okazało – chirurg. Idę, lekarz nie wygląda jak lekarz – lekko niechlujne ubranie, podśmichiwuje się że tak tak jest lekarzem. Dobra, badaj Pan. Opowiadam (zero angielskiego, wszystko wszystko po hiszpańsku;)), ogląda, porównuje z drugim – spuchnięte + pewnie płyn/krew w środku. Trzeba przyznać że profesjonalnie podszedł do sprawy. Kieruje mnie na prześwietlenie do… Rivas (1,5h drogi), a póki co daje żel Fastum, jakieś prochy na znieczulenie (których w końcu i tak nie biorę) i zabrania chodzić (do Rivas mam pojechać taksówką… taaa jadę motorem, nie będę płacił worka dolarów w tym „pełnym bogatych amerykanów płacących za wszystko dolarami” kraju). Kasuje 13 dolców za wizytę. Oczywiście nic nie wspominałem o wypadku na motorze – wszystko przydarzyło się podczas popołudniowej przechadzki w lesie;)
Jadę do Rivas, oczywiście motorem, nie biorę peleryny przeciwdeszczowej, oczywiście padało. Ulewa, w połowie drogi zatrzymuję się pod drzewem razem z rzeszą innych lokalnych motocyklistów. Pół godziny stania i jadę dalej, przejaśniło się. Dojeżdżam do Cliniki Santa Ana, godzina 12:15 – Pani wychodząc mówi że siesta, pora obiadowa, wróć pan o 14… no żesz, dobrze że nie jutro. Ale ok, mam też czas żeby zrobić sobie wreszcie przerwę na lunch;) Żółwim tempem (po raz pierwszy to ja jestem wyprzedzany na chodniku, a nie jak to zwykle było w krajach latynoskich, że się wkurzałem że tak wolno spacerują), dokuśtykałem do targowiska. Namierzam sklepikarza, który coś pałaszuje na stojąco, pytam gdzieś pan to kupił, a o tu 50 metrów dalej. Idę, piękna miejscówka, sami lokalsi, ceny super, wielkie porcje, biorę sopa de pollo i jakiś napój naturalny o dziwnej nazwie. Zleciało, godz 13 (naprawdę była duża porcja). Dokuśtykałem z powrotem i zrobiła się 14, czas leci, 14:05 – pusto, 14:10 – jak nikogo nie było tak nie ma… noo latynoska punktualność. 14:15 zjawia się pan od rentgena. Ja chcę rentgen, co pan chcesz prześwietlać, głów nie prześwietlamy) -a kolano, prawe. – właź pan, będzie 20 dolców. -faktury wystawiacie? -formularz przyjęcia tylko, -niech będzie, prześwietlajmy.
Z prześwietleniem, wracam do San Juan – mój znajomy lekarz kazał się pojawić z prześwietleniem (tym razem już wizyta bezpłatna). Nie stwierdza żadnych złamań, zaleca dalszą kurację fastum gel. Jak już wspomniałem w hostelu przesiedziałem tydzień, wychodziłem tylko po wodę i żeby coś zjeść do pobliskiego mercado (zawsze najtańsze i najlepsze żarcie). Nie wychodziłem do czasu… aż w hostelu pojawił się Hiszpan nazwijmy go roboczo Loco. Gadka szmadka, jedziemy motorami kamienistą drogą w stronę Kostaryki pooglądać plaże i a nuż uda się zobaczyć żółwie (jest plaża na której w sezonie składają jaja – jest sezon!). Już mi się znudziło siedzenie i nicnierobienie… Plaże puściutkie, jak zwykle każą sobie płacić za wjazd na każdą z nich, ale że Hiszpan biegły w hiszpańskim (jak to stwierdził to jego język więc przegada wszystkich) to wchodzimy wszędzie za darmochę. Zaczęło padać, chciałem ominąć wielkie „jezioro” na środki drogi wjeżdżając na krawężnik i na chodnik… wiedziałem że takie rzeczy to tylko pod kątem prostym, tym razem trochę z lenistwa, trochę z ciekawości z ukosa… no żesz znowu wyglebiłem, znowu nadwyrężyłem nogę… (miałem ochraniacze). Podpite ziomki z knajpy obok miały trochę radochy, żaden nie pomógł podnieść motoru. Znowu powrót po ciemku i do tego w ostrym deszczu (po 17 już się robi ciemno – niewiele się to zmienia w czacie lata). Przynajmniej zobaczyliśmy małe żółwiki, na plażę niestety żaden duży żółw (czy żółwica) nie przyszedł składać jaj – takie atrakcje zwykle po 21. Na plaży (Playa La Flor) i przy budce opiekunów żółwi wojkso – ciężkie karabiny, kamizelki kuloodporne, mówią że ochraniają żółwie i ich jaja, bo to przysmak i dużo tu szabrowników.

img_20161009_154136

img_20161009_154639
Żółwie jaja w workach

Posiedziałem jeszcze w San Juan ze 2 dni, wysłałem zaległe kartki pocztowe i papiery do ubezpieczenia i kierunek Kostaryka! Wreszcie normalnie chodzę, na wulkan nie wejdę, uciec przed chłopem z maczetą też nie ucieknę, ale przynajmniej mogę się przemieszczać:) Zajeżdżam na granicę, „pomagierów” zwęszam już z coraz większej odległości – machają, krzyczą do mnie, zlewam i zatrzymuję się przy celnikach, ci wszystko mi ładnie tłumaczą. Strona Nicaraguańska lekko zamotana, najpierw pieczątka, potem trzeba znaleźć pracownika urzędu celnego na parkingu, ten daje papierki do wypełnienia. Następnie trzeba znaleźć policjanta, który też „gdzieś jest” na parkingu i dać mu papiery do podpisu. Na koniec można wreszcie podejść do okienka urzędu żeby ci z kolei też coś podbili/podpisali. Na szczęście żadnemu z oficjeli nie przyszło do głowy żeby sprawdzić czy nr VIN motoru zgadza się z numerem który został wpisany na tymczasowym imporcie (oczywiście patałach na granicy z Hondurasem się pomylił – zobaczyłem to zaraz po odejściu od okienka, ale że było tak gorąco to nie miałem zamiaru zostawać na granicy ani minuty dłużej). Strona kostarykańska, Szwajcarzy na motorach – wzięli pomagiera, pytają się czy chcę się dołączyć – eee, przecież to łatwe, nie ma co przepłacać. Fakt – trzeba było pojechać/podejść do 4 różnych budynków, ale wystarczyło się zapytać w każdej budce po kolei jaki jest kolejny krok (poza tym kto powiedział że nie mogę śledzić bogatych Szwajcarów;)).

Pierwszy przystanek La Fortuna z wulkanem Arenal. 250 km, nie za dobra droga, góry, do tego pada. Znowu za późno wyjechałem (przecież trzeba było pogadać jeszcze pod hostelem). Ostatnie 40 km brzegiem jeziora Arenal, była 17 jak do niego dojechałem, co oznacza że całe 40 kilosów musiałem przejechać po ciemku. No cóż, droga kręta, brak oświetlenia, z lasu różne odgłosy zwierząt i insektów, co jakiś czas ogromna wyrwa w asfalcie, ślisko, pada. Dojechałem, noo Las Vegas! Hotel na hotelu, knajpa na knajpie, ceny też amerykańskie (hotele ciągnęły się już ładne 5 km od wioski). Melduję się w hostelu La Fortuna Backpackers, 11 dolarów w dormitorio, pierwszą noc jestem sam w pokoju. Jadę obejrzeć park narodowy wokół wulkanu.

img_8854

img_8781

Przechadzka po lesie za grubą kasę (15 USD) – trudno to nazwać chodzeniem po górach, nie warto, ale w moim stanie było jak znalazł. Ale w lesie bujna roślinność, można wypatrzeć trochę zwierzątek, mrówki z zielonymi liśćmi na grzbietach. Warto wybrać się na Cerro Chato – bliźniaczy wulkan do Arenalu z jeziorem na szczycie – za friko, niestety dla mnie nie tym razem. Ale wybrałem się do sanktuarium motyli w El Castillo – kamienista droga za wulkanem. Czad – takich motylków w życiu nie widziałem, są też kolorowe i toksyczne żaby:O

img_8807

img_8809

img_8812

img_8801

img_8803

Na powrocie zajeżdżam do darmowych gorących źródeł! Jeszcze większy czad! To normalnych rozmiarów rzeka z gorącą wodą (wypływająca boczną dziurą od wulkanu), no jak w wannie! Na miejscu spotykam Stefana (z Niemcowni) z hostelu, z którym ustawiłem się w tych źródłach pi razy drzwi po południu. Jak już się zrobiło ciemno postanowiliśmy że wracamy do Fortuny (uwielbiam jazdę po ciemku), jakieś 15 kilosów, więc zabrałem odważnego-bez-kasku-sąsiada-zza-zachodniej-granicy na motor. Po drodze policja – nie zwrócili na nas najmniejszej uwagi. Poza tym wg prawa powinienem mieć jakąś dziadoską przepaskę odblaskową (lokalsi ostro w niej jeżdżą), ale też nikt mi o to pretensji nie robił (a zatrzymywali mnie w Kostaryce policjanci do kontroli dokumentów).

Na drugi dzień kieruję się w stronę Monte Verde – z cloud forrest (lasem mglistym) w roli głównej. Droga tragiczna, pada, zakręty, od miejscowości Tilaran zero asfaltu (czyli 50 km). Dotelepałem się do Casa Tranquilo – fajna drewniana chatka (z dormitorio), jak na wczasach;) Stefan tez zajechał do tego samego hostelu autobusem. Pada, na drugi dzień też pada, na trzeci dzień tak samo pada. W między czasie udało się zaliczyć tyrolkę za grubą kasę (50 usd), ale podobno warto. No dobra, warto, ale nie za taką kasę. Wrażenia całkiem fajne – wszystko zmontowałem na filmiku:


Do parku narodowego nie udało mi się pójść – wciąż padało, ale za to zaliczyłem nocną przechadzkę po lesie z przewodnikiem w poszukiwaniu zwierząt. I tak udało się zobaczyć: leniwca śpiącego głową w dół na drzewie, kolorową żabkę, tarantulę i uwaga uwaga kinkażu żółtego (połączenie kota z wiewiórką). No nawet nawet.

img_8861

img_8859

Postanowiłem że uciekam z tego miejsca, no non stop pada. Podobno pogoda na wybrzeżu karaibskim jest bardziej łaskawa. Kieruję się do Tortuguero – 250 km. No cóż, musiałem zrobił awaryjny pit stop w połowie drogi w Alajuela. Tak padało, w budach jezioro, aż wilgoć dostała się do toreb, które nigdy wcześniej nie przemokły. W takim deszczu to ja jeszcze w życiu nie jechałem – a Kostarykanie (poprawna polska forma) na to „cóż pora deszczowa”. Hostel Maleku – podstawowe pytanie, wentylator w pokoju jest? Jest. Dobra, to dajcież mi prywatny pokój, bo będę robił bałagan. Przebolałem 25 dolców. Lekko się podsuszyłem, reklamówki na nogi, nogi do butów i wieczorem przy okazji odwiedziłem znajomych Ticos z pobliskiego San Pedro de Poas zapoznanych kilka miesięcy temu na Kubie – no mieli komedię jak się ubierałem w te wszystkie warstwy ubrań na motor na deszcz;)

Dodaj komentarz

Nazwa *
E-mail *
Witryna internetowa