Maczety, wulkany i Niemcy. Dwutygodniki motocyklowe cz. 2

W dzisiejszym odcinku niech poniższy kawałek posłuży wam jako podkład:

Do Antigua dotarłem w deszczu i szybko skierowałem się do zarezerwowanego miejsca w AirBnb, 10 USD/noc, prywatny pokój, fajna kuchnia, motor wtargałem przez wąski korytarz na patio. Pokój trochę śmierdzi grzybem, ale po dwóch dniach się przyzwyczaiłem. Właścicielem interesu jest Amerykanin, w drzwiach zamontował zamek na PIN, który wysyła lokatorom na maila. Natomiast w drzwiach od zarezerwowanego pokoju są klucze. Rezerwujesz, przyjeżdżasz, wprowadzasz pin, mieszkasz. Pełen automat. Na miejscu nikogo do przywitania gości nie ma. Codziennie przychodzi tylko dziewczyna sprzątająca (z kilkuletnią córką pod opieką). Właściciel się nie pojawia. Na miejscu Rosio – hiszpanka bawiąca się w wolontariat, próbuje pobudzić do działania lokalną wiejską społeczność. Robi muppet show z lokalsami, niedługo premiera. Bardzo specyficzna, z zachowania jak facet. Jest też Nico i Victoria z Argentyny. Podróżują i pracują jednocześnie w branży tłumaczeń. Nico specjalizuje się w bardzo niszowych usługach – tłumaczenia dla ośrodków nurkowych.

Postanowiłem wejść na kolejny wulkan. Tym razem padło na Acatenango. 3976 m n.p.m. oraz najbardziej aktywny wulkan w Ameryce Środkowej – Fuego. 89 USD, z OX, drogo, ale przynajmniej miałem pewność że idą następnego dnia, kiedy to zapowiadała się super pogoda. Dzień wcześniej zebranie organizacyjne. Na miejscu sami przedstawiciele krajów z twardą walutą i tylko jeden z tego biedniejszego kraju na P. Każdy będzie musiał wtargać co najmniej 5 litrów wody, śpiwór, część namiotu, część wspólnego jedzenia, ciepłe ubrania na zero stopni na górze w nocy, peleryny przeciwdeszczowe. Razem ponad 15 kg plecak – już zapłaciłem, nie mogłem się wycofać, a kusiło.

Zbiórka o 6 rano, znowu się wyśpię. Jak ktoś wie że nie da rady wtargać plecaka na samą górę, z pomocą przychodzi osioł i tragarze. Za 100 zł wszystkim się zajmą (samemu na ośle niestety nie można wjechać). Z tej opcji korzysta Tom z Australii (którego dziwnym trafem spotkam później w Belize na rasta wyspie)  i jego 2 córki. Zmuszona do tego zostaje również Kimi – pół Japonka, pół Iranka (co za połączenie;)) mieszkająca w Kanadzie. Pierwsze 30 minut z plecakiem ją zniszczyło.

jazda na górę!jazda na górę!

5 godzin i hektolitry potu później, śmierdząc doczołgaliśmy się do naszej bazy. Jeszcze tylko kilka godzin hardkorowego nocnego (z ledwo świecącą latarką) podejścia na wulkan el Fuego – wycieczka fakultatywna, zgadnijcie kto się zgłosił, i wystarczyło harców na ten dzień. Tego wieczoru już tylko z górki – spagetii, winko, ognisko i ciepły śpiwór w namiocie.

Nasz obóz.
Nasz obóz.

Przez całą noc wulkan Fuego dawał o sobie znać, pomrukiwał, a jak nie pomrukiwał to pluł dymem i rozżarzonymi węgielkami;) Znowu się wyspałem, nasz przewodnik o to zadbał budząc nas na drugi dzień o 4 w nocy(!), żeby zdążyć zaatakować szczyt przed wschodem słońca! Zimno, wieje, ciemno! Ale opłacało się, z góry widok na wszystkie wulkany dookoła, jezioro Atitlan. Na szczycie można znaleźć tzw. „hot spot’y”, z których wulkan upuszcza trochę ciepła i można sobie ogrzać zmarznięte ręce. Fuego znowu dał popis i wypluł ogromną chmurę dymu! Pogoda piękna, ani jednej chmurki (oprócz tej z wulkanu), ani przez chwilę nie padało!

Wulkan się zdenerował.
Wulkan się zdenerował.

Zostały 3 wina (tak, słaba ekipa się trafiła), przewodnik wylał dwa, uratowaliśmy jedno (było czym świętować udaną wyprawę po powrocie do Antigua). Z zejściem w dół poradziliśmy sobie w 3h – już teraz wszyscy musieli dźwigać plecaki w dół sami. Po powrocie byłem zbyt zmęczony by zasnąć…

Na drugi dzień z Kimi (odważna dziewczyna bez kasku na głowie – zęby na przedzie wszystkie) wybraliśmy się motorem do Ciudad Vieja ). Tu wszyscy jeżdżą bez kasków, a nawet jak go mają to jadąc zazwyczaj dynda sobie zawieszony gdzieś na kierownicy, lub wkładają go tylko na czubek głowy, bez zapinania… taka lokalna moda motocyklowa. Na miejscu zajrzeliśmy do szkoły podstawowej na koncert, tacosy, banana split, nocny powrót do Antigua (oj nie róbcie tego w domu!). Im mocniej przyśpieszasz tym pasażerka mocniej się przytula – zawsze działa! Oczywiście poinstruowałem wcześniej że nie wolno trzymać się uchwytów z tyłu motoru, bo to niebezpieczne.

Następne kilka dni, to dla mnie dni pracujące, więc nic ciekawego co mógłbym tu opisać się nie wydarzyło. Ale w końcu po ciężkiej umysłowej pracy wyrwałem się z Antigua i ruszyłem w kierunku Tikal na północ. Droga przeróżna, raz zimno, raz gorąco, raz pada, raz asfalt, raz brak asfaltu, nie dogodzi. Ciekawostka, w Meksyku i Gwatemali można napotkać na drodze bardzo ciekawe i niebezpieczne okazy, a mianowicie gatunki z rodzaju Curva Peligrosa. W Gwatemali centralnej, natknąłem się na zupełnie nowy gatunek niewystępujący nigdzie wcześniej i znacznie bardziej niebezpieczny – Curva Sinuosa. Występują też stadnie w postaci Curvas Peligrosas, ale nie udało mi się ich uchwycić w kamerze…

img_20160901_091808

img_20160903_105307
Co zakręt to curva peligrosa

Moim pit stopem w kierunku do Tikal był Coban. Totalnie nieturystyczne miasto, zatrzymałem się w Hostelu Casa Luna, bez charakteru, obsługa mizerna, nie podobało mi się. Po dwóch dniach wyruszyłem w stronę Samuc Champey – turystyczna miejscówka z wodospady, 300m naturalny most ze skał nad potokiem. Zajeżdżam na stację coby dotankować pod korek – nie wiadomo czy dalej będą jakieś stację, podobnież to ostre zadupie. Pan na stacji mówi że do mojego dzisiejszego celu jest nieco ponad 60 km, prawie 3h drogi, jakim żesz cudem tak długo? a no Pan stwiedził że po 40 km kończy się asfalt. Jak dla mnie to ten asfalt skończył się już po 10 km, dziura na dziurze, podmycia itd. Po jakimś czasie asfalt faktycznie się skończył tak jak mówił, dalej była wyboista i kamienista droga prowadząca w dół zboczem gór.

Byli goście z maczetami. Zażądali pieniędzy za przejazd przez publiczną drogę – na nasze 10 zł. To już na A4 taniej, i chociaż asfalt jest. Odmówiłem uiszczenia opłaty. Mieli (w kolejności malejącej) 16, 10 i 8 lat. Chłopaki rozstawiają gruby sznur w poprzek drogi (zrobili dwa checkpointy w odległości 15 metrów od siebie) i uniemożliwiają zagranicznym turystom przejazd – lokalsów i kolegów ze szkoły przepuszczają. Twierdzą że tu pracują – tak, chyba w branży haraczy i rozbojów. Aż strach pomyśleć co będzie jak podrosną. Nieustępliwi byli. Ostra przygazówka i pierwszy checkpoint z głowy, młody zląkł się i potknął o maczetę. Z drugi było trudniej (przybrał pozycję przyczajony tygrys), ale kurs na małolata i musiał uciec. Przejechałem! Tego też nie róbcie w domu! Następnym razem po prostu zapłacę, lub oddam wszystkie kosztowności, gdyby byli bardziej agresywni. Szkoda ryzykować…

Droga do Samuc Champey
Droga do Samuc Champey

Na miejscu w Retiro Lodge (super hostel/hotel nad rzeką) poznaję 3 gości zza naszej zachodniej granicy. Jeden zgubił paszport i musi grzać do ambasady w Guatemala City (nr 25 na zaszczytnej liście miast z największą ilością zabójstw przybadających na 100 tyś. mieszkańców, 1500 zabójstw w 2015 roku,  47/100 tyś). Byłem, widziałem, przejechałem z zachodu na wschód w 30 minut;) Chłopaki lajtują się już trzeci dzień, nie są w stanie powiedzieć co konkretnego zrobili przez ostatnie dni. Mają wielki wór zielska, muszę stąd uciekać bo mnie zaraz tu sprowadzą na złą drogę! Jadę do właściwej atrakcji turystycznej, to kolejne 10km wyboistą drogą. Zaliczyłem glebę na moście, wjechałem na dodatkowe bele z drewna wzmacniające most, i chcąc się zatrzymać, i będąc wyżej, straciłem grunt pod nogami. Chłopaki sprzedający wodę i piwko pomogli mi podnieść moto, kilka zadrapań (wreszcie ochraniacze na kierownicy się do czegoś przydały) i pojechałem dalej. Samuc Champey idealne na całodniowy relaks w wodzie, super widoki, orzeźwiająca i czysta woda, rybki skubiące stopy. To miejsce to jak połączenie Pamukkale w Turcji i Erawan w Tajlandii. Wieczorem poker night z Niemcami i tajemniczym Białorusinem…

Samuc Champey z punktu widokowego
Samuc Champey z punktu widokowego, pod tymi skałami płynie rwący potok

cdbmn.