mrowki0

Mennonici i Rastafarianie. Dwutygodniki motocyklowe cz. 3. bmo.

W dzisiejszym odcinku przemierzam z grubsza następującą trasę:

Po ciężkiej poker night w Samuc Champey „z rana” wyjechałem w stronę Tikal. Po drodze spotkałem tych samych sympatycznych lokalnych chłopców pobierających opłatę na bramkach wjazdowych do wioski. Mimo, że na mój widok zwarli ostro szeregi – i tym razem przejechałem bez uiszczania haraczu (ku uciesze starszyzny przyglądającej się całej sytuacji). Wybrałem tę „lepszą” drogę przez Coban, krótką, górską drogę którą początkowo zamierzałem jechać odradzili mi miejscowi. Im bliżej Flores, tym goręcej. Flores to wg mnie najlepsza miejscówka wypadowa do Tikal. Jest infrastruktura, dużo hosteli i knajpek z jedzeniem. 7 godzin i 1 przeprawa promowa później byłem już na miejscu (przy okazji skończył mi się pot gdzieś w połowie drogi). Duszno. Niestety przyskąpiłem i wziąłem pokój bez klimy – żałowałem, szczególnie że musiałem przysiąść do pracy 2 bite dni.

Wreszcie wyruszyłem do tego najsłynniejszego majańskiego miasta w środku dżungli. img_20160905_111747

img_20160905_113908

img_20160905_134531

mrowki0

mrowki1

Po nieprzyjemnej sytuacji z maczetami w Samuc Champey skorzystałem z „gringo busa”, który zabrał mnie spod hostelu i wysadził pod samą bramą wejściową do Tikal. Spękałem, podobno zdarzały się na tej trasie napady z bronią w ręku. Kompleks Tikal jest na tyle duży że można po nim spacerować i praktycznie nie widzi się tłumów turystów. Dużo komarów, zaaplikowałem mój repelent, nic nie pomogło, dalej cięły. Ta dżungla żyje! Słychać masę insektów, ptaki, wyjące małpy, do tego autostrady mrówek dźwigające kilka razy większe od siebie kawałki zielonych liści, no szał (to chciałem tu zobaczyć). Piramidy też robią wrażenie:)

Tikal zaliczone, jazda do Belize (no, co raz wyżej, numer 7 na zaszczytnej liście)! Żeby przypadkiem nie nadziać się na kolejny graniczny scam, przestudiowałem dokładnie raporty innych ludzi z przekraczania granicy jakie znalazłem w internecie. Wyjazd z Gwatemali wiązał się z tym że musiałbym anulować import motoru – po czym nie mógłbym nim wjechać ponownie do Guate przez kolejne 3 miesiące. Na granicy zaraz obskoczyli mnie cinkciarze, pomocnicy i sprzedawcy jaj. Skorzystałem tylko z usług cinkciarza – zakupiłem trochę dolarów belizyjskich po okazyjnej cenie. Cóż, nie chcąc ryzykować, po stronie gwatemalskiej podszedłem tylko do immigracion, a do okienka urzędu celnego (aduana) już nie podszedłem;) Więc („nigdy nie zaczynaj zdania od więc!”, „-mój blog więc tu mogę!”) formalnie moto wciąż było w Gwatemali. Na szczęście strona belizyjska nie wymagała świstka który stwierdzał że to anulowanie zrobiłem. W Belize już na granicy zupełnie inny klimat, wszystkie napisy po angielsku, czarnoskórzy celnicy też mówią między sobą po angielsku (choć trudno mi ich zrozumieć). Pieczątka 0 zł, import motoru 0 zł,opłata za wjazd po „highway’u” 15 BZD, ubezpieczenie motoru na miesiąc 40 BZD (1 dolar belizyjski to 2 polskie złote). Gotowe, „welcome to Belize”. Kieruję się od razu do Belize City byłej stolicy kraju, która jednak po wielu niszczycielskich huraganach, została przeniesiona do Belmopan. W Belize City uderzają mnie pustki na ulicach, zniszczone budynki. Ogólnie nieprzyjemne miasto – jakoś nie miałem ochoty na wieczorny spacer. Na drugi dzień wybieram się na wyspę Caye Caulker (moto i niepotrzebne bagaże zostawiłem w guesthause w byłej stolicy). Właścicielka zawozi mnie swoim samochodem do portu, przy okazji łoi ze mnie 20 BZD (na powrocie płacę tylko 7 BZD pierwszemu z brzegu taksówkarzowi). Podróż łodzią trwa jakąś godzinę. Na wyspie zupełnie inny klimat! Palmy, drewniane budynki, rastafarianie, brak samochodów (tylko meleksy i rowery). Wszyscy spokojnie spacerują. Jasny piasek, aż bije po oczach. Karaiby pełną gębą, jeszcze takiej pięknej miejscówki nie widziałem! Turystycznie i drogo, ale bardzo bezpiecznie! Wyskoczyłem na świeżutkiego homara na masełku do szefa Kareen’a, który rozłożył stragan niedaleko mego hostelu (najlepsze homary i kurczaki na wyspie! 50 zł homar, 25 zł kurczak).

img_8560 img_8576

A propo hostelu – zatrzymałem się w Yuma’s House, hostel z zasadami – najpierw dostajesz regulamin do przeczytania i możesz zdecydować „czy w dalszym ciągu uważasz że ten hostel jest dla ciebie”, następnie podpisujesz cyrograf że odpowiadasz finansowo za zniszczenia, a najlepiej jak jeszcze dasz spisać numer karty kredytowej! Oczywiście „Hostel nie odpowiada za Twoje rzeczy które zostały skradzione lub zniszczone” – podwójne standardy, ale dobra. Chociaż było bardzo czysto i codziennie miałem taki widok z mojego obwoźnego biura:

img_8568

Trochę się ponudziłem pierwszego dnia (nikt nie chciał ze mną rozmawiać :( uprzedzam domysły, brałem prysznic, zimny, ale brałem, nawet się ogoliłem), ale za to zapisuję się na całodniową wycieczkę łodzią na snorkeling u Caveman’a (podobno ksywka była pierwsza, dopiero później zaczął wyglądać jak jaskiniowiec. Swoją drogą organizuje najlepsze wycieczki). Tom – Australijczyk poznany na wycieczce na wulcan Acatenango ni z gruchy ni z pietruchy pojawia się wieczorem w moim hostelu (miał być na Kubie, i do tego gdzie sprzedał swoje córki? na Kubie był ale krótko, córki miały go dość, więc pojechały w innym kierunku). Ja nie byłem pewny czy to on, wydał mi się za młody (a minął mnie wcześniej ze 3 razy), na szczęście on się odezwał. Zabieram go na drugi dzień na tą samą wycieczkę łodzią. No szał, cieplutka woda, manaty, homary, płaszczki, i najważniejszy punkt dnia, pływanie z rekinami! Siadasz na krawędzi łodzi, a przed tobą w wodzie aż się kotłuje (chłopaki z obsługi nawrzucali sardynek żeby zwabić rekiny – nie żartuję), ogromne rekiny biją się o zdobycz, podpływają też płaszczki. Tom wskakuje jako pierwszy do buzującej wody (cały czas mam w głowie ten obrazek), ja tuż tuż za nim – najpierw sprawdziłem czy mój poprzednik wypłynął;), czad, z wody wygląda jeszcze straszniej. Po chwili wszyscy są już w wodzie (jakieś 10 osób), sesja trwa, słit focie, selfiaczki, rekiny pozują jak zazczarowane. Na szczęście były to rekiny z gatunku Nurse Shark (nie znam polskiej nazwy), więc nie tak bardzo niebezpieczne, ale potrafią do 3m długości sobie urosnąć. Niestety nie udało się upolować żółwia morskiego, ale były za to koniki morskie:) Wieczorem pierwsze spotkanie ze sport barem, fish&chips i drink z wódką + woda kokosowa – błąd, ohydne połączenie, nie pijcie tego, szkoda kasy. Kolejny dzień i drugie spotkanie ze sport barem. Mocna ekipa, dwóch Turków made in Germany, dwie Austriaczki i Francuzka. Volcan (jeden z Turków) nadaje wybuchowe tempo. To nie mogło się dobrze skończyć. Poruszamy wszelkie możliwe drażliwe tematy, islam, polityka, LGBT, „dobra zmiana”. Pojawiają się skrajnie socjalistyczne poglądy, trudna dyskusja, ale wszyscy cali;) Sport bar zamykają o północy, lądujemy w reggae miejscówce (chyba tylko z nazwy, bo nie przypominam sobie teraz żeby grali tam reggae). Nawet najstarsi rastafarianie z wyspy nie wiedzą co było dalej…

Kolejny dzień na wyspie. Motto mieszkańców „Go slow” udziela się i mi. Biała koszulka z czaszką na przedzie robi furorę wśród lokalsów, przybijają mi żółwika. Generalnie wystarczy krótki kontakt wzrokowy z rasta lokalsem i zawsze rzuci swojskie „whats up buddy!” itp. Choć w Belize oficjalnym językiem jest język angielski, to większość mieszkańców rozmawiając między sobą używa języka kreolskiego (na bazie j. angielskiego oczywiście). Wykształcił się w koloniach gdzie czarni niewolnicy przytargani z Afryki, posługujący się różnymi językami, musieli się jakoś porozumieć między sobą. Zrodził się język, który ma coś wspólnego z angielskim, ale nawet native speakerzy go nie rozumieją.

Po 5 dniach wracam do rzeczywistości, czyli do Belize City i kieruję się na północ kraju do Orange Walk. Zatrzymuję się w Akihito Hotel (jak zwykle drogo, 35 USD za noc w pokoju z klimą). Zastanawia mnie przez chwilę duże lustro umieszczone w moim pokoju zaraz obok łóżka, oraz jego brak w łazience. Nie ważne, idę na tacos’a. W północnym Belize jest też duża grupa mieszkańców hiszpańskojęzycznych. Dlatego też można częściej spotkać specjały kuchni meksykańskiej. Zagajam po angielsku w budce z taco, senora jakby mnie w ogóle nie słyszała, zagajam drugi raz – kieruje mnie do koleżanki, powtarzam trzeci raz koleżance – jakby nie rozumiała pytania. Olśniło mnie dopiero jak zaczęły między sobą mówić po hiszpańsku. Takich jak ja było więcej, oj trudno się tym Belizyjczykom między sobą dogadać. Wracam do hotelu, moją uwagę przykuwa cennik – a tam skrzętnie ukryte stawki godzinowe… „Istnieje możliwość zrezygnowania z pokoju. Do 2h – refundacja 40%, do 4h refundacja 20%”. Na szczęście jestem tu tylko 2 noce (albo aż). Moim głównym celem w tej okolicy jest wioska Shipyard – największa osada Mennonitów w Belize. Do wioski prowadzi szutrowa lekko wyboista droga. Po jakimś czasie zacząłem widywać co raz więcej końskiego łajna na drodze. Po pół godzinie minął mnie pierwszy zaprzęg konny…zaraz kolejny i kolejny… tak wylądowałem w 1800 r.;)

woz4

chlopcy-zblizenie

Wszyscy ubierają się jednakowo. Mężczyźni spodnie ogrodniczki, koszula w kratę z długimi rękawami, kapelusz. Kobiety ładne sukienki, kapelusze, czarne buty (przynajmniej nie mają odwiecznego problemu w co by tu się dziś ubrać…). W ten sposób poubierane były nawet dzieci. Najciekawiej byłoby pojechać tam w niedzielę, kiedy to wszyscy gnają zaprzęgami do kościoła, ja byłem w zwykły pracujący wtorek, ale i tak było ciekawie. O Mennonitach z Belize opowiadał m.in. Pan Cejrowski, do obejrzenia np. tu.

PS. Mam wrażenie że wszystkie sklepy spożywcze w Belize opanowali Chińczycy… Na kasie/w obsłudze zawsze skośnoocy… czy ktoś to potwierdzi?

PS.2. Jednak nie jadę na Yucatan, jadę do Hondurasu – mocne nr 1 na zaszczytnej top liście krajów z największą ilością zabójstw!

PS.3. Z dobrych wiadomości: biegunka wreszcie odpuściła, wygląda na to że na dobre. Zacząłem myć zęby tylko w butelkowanej wodzie + kilka tabletek nifuroksazydu + zamykam usta podczas brania prysznica.

cdbmn.

Dodaj komentarz

Nazwa *
E-mail *
Witryna internetowa